Prezydentura

 

 

W maju 1926 roku Mościcki przyjechał ze Lwowa do Warszawy, gdzie odwiedził Piłsudskiego w jego mieszkaniu. Ta rozmowa nie zapowiadała jeszcze późniejszego awansu. Stało się to dopiero pod koniec maja, kiedy powtórnie przyjechał do stolicy przygotować się do przyjęcia nowej katedry. W swoich wspomnieniach zapisał tak: „Wiadomość o wyborze Piłsudskiego na prezydenta zastała mnie w Warszawie i cieszyłem się z tego wespół z innymi piłsudczykami. Jednak tego samego dnia, około północy, gdy udałem się na spoczynek, otrzymałem nagle z niemałym przerażeniem wiadomość telefoniczną od premiera Bartla, że Piłsudski wyboru nie przyjął, a mnie zaproponował jako swego kandydata. Nocy tej oczu nie zmrużyłem, zestawiając swój bilans życiowy. Czułem, że zakreślona konstytucją marcową rola prezydenta nie zdoła mi dać żadnego zadowolenia. Uważałem się przy tym za najmniej powołanego do zajmowania stanowiska związanego głównie z reprezentacją. Ja, którego życie całe było pełne wydarzeń i niezwykle czynne, który od blisko 30 lat z wielką energią i dużym powodzeniem oddawałem się pracy naukowo twórczej, miałem nagle z tym wszystkim zerwać. Nazajutrz rano, po koszmarnej nocy, opanowałem się już zupełnie; byłem przygotowany na wszystko, a przyjęcie wyboru w tych warunkach uważałem za obowiązek wobec narodu. Wiedziałem, że nie tylko nie będę przeszkadzał w pracy Piłsudskiemu, ale przeciwnie, będę się starał być mu możliwie pomocnym". Pierwszego czerwca 1926 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało Mościckiego na prezydenta II Rzeczypospolitej, zaprzysiężenie nastąpiło trzy dni później. Mościcki miał zewnętrzne predyspozycje do pełnienia tego reprezentacyjnego urzędu: był mężczyzną wysokim, postawnym, przystojnym, z ujmującym uśmiechem. Również podwładnych traktował z uprzejmością, niekiedy bardzo wyszukaną. Obawy przed skazaniem go na czystą reprezentację uległy pewnemu osłabieniu, gdy Sejm uchwalił tzw. nowelę sierpniową. Dawała ona prezydentowi prawo rozwiązywania Sejmu i Senatu i rozszerzała uprawnienia do wydawania dekretów w czasie przerw między sesjami Sejmu. W jednej ze swych korespondencji ambasador francuski, Laroche, pisał: „Prezydent Rzeczypospolitej okazywał Marszałkowi przyjazny szacunek usprawiedliwiony przywiązaniem i podziwem. Piłsudski ze swej strony manifestował wobec Mościckiego kurtuazję o odcieniu życzliwej familiarności." Płaszczyzna stosunków służbowych między nimi została po latach szczerze przedstawiona przez samego prezydenta : „Moja współpraca z Piłsudskim miała od razu wyraźną formę i bez uprzedniego umawiania się rozwinęła się w sposób bardzo naturalny i harmonijny. Jako najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych podpisywałem wszelkie akty wojskowe Piłsudskiego bez najmniejszych zastrzeżeń". I chociaż w sprawach wojskowych wytworzył się stosunek, przy którym Piłsudski mógł wszelkie decyzje podejmować samodzielnie, to jednak podkreślał zawsze wobec wyższych czynników wojskowych swoją zależność w decyzjach wojskowych od Prezydenta. Poza tym przy każdej sposobności wpływał w wojsku na wytworzenie należnego stosunku do Prezydenta jako do najwyższego zwierzchnika.